• Michał Karcz

  • Michał Karcz

  • Michał Karcz

  • Michał Karcz

  • Michał Karcz

MICHAŁ KARCZ

Michał Karcz

***

Michał Karcz, ur. 31.12.1977 Warszawa, absolwent Liceum Sztuk Plastycznych w Warszawie-plastyk wystawiennik.

Michale oglądając Twoją prezentację mam wrażenie, że rzeczywiście masz życie równoległe. Czy dajesz sobie radę z taką równoległą jaźnią? Jak się odnajdujesz w realiach rzeczywistości?

Przyznam szczerze, że nie jest łatwo, a rzeczywistośc, szczególnie ta oblepiająca nas codziennie w postaci newsów ze świata,  jest na tyle inwazyjna i odpowiednio unoszona na ludzkich nastrojach i mentalności, że trudno przed nią uciec. Ucieczka w równoległy świat to system obronny. Tworzenie azylu, którego nikt nie jest w stanie naruszyć ani zdemontować. Efektem moich podróży są prace, które możecie Państwo oglądać. To kronika z wypraw, które odbywam gdzieś na progu realności, ale też podczas snu. Śnię codziennie, intensywnie, realistycznie. Przemykam po równoległych światach jak w rzeczywistości. Żyję w nich. Czuję lęk, nienawiść, obawę, miłość. Sny katalogują się gdzieś w moim umyśle jak obejrzane filmy, przeczytane książki. Czasem po nie sięgam, wspominam  i wracam po latach. To z jednej strony jakieś brzemię, bo czuję jakby umysł pracował non stop od wielu lat na pełnych obrotach, bez wytchnienia, ale jednocześnie dzięki temu mogę robić to co kocham, dzielić się i o ile to możliwe sprawiać przyjemność innym.

Kiedy ktoś tworzy taką niezwykłą przestrzeń dla siebie mówią na niego ” żyje w swoim świecie”, kiedy dzieli się nim nadają tytuł Artysty. Zabawne, nieprawda? Co powoduje, że chcesz się dzielić swoimi światami równoległymi?

Coś w tym jest. Mam potrzebę zapraszania widzów do mojego świata, szczególnie tych, którzy czują podobnie, którzy poszukują czegoś niezwykłego, relaksu i ucieczki od rzeczywistości. Kiedyś czyjeś światy pomagały mi zmagać się z problemami, zarówno za pomocą strony wizualnej jak i muzyki. Teraz ja staram się zapewnić taki azyl, a jednocześnie wyrzucić z siebie to co swędzi gdzieś pod skóra, nurtuje, irytuje, koi. Życie we własnym świecie nie jest złe dopóty nie staje się przeszkodą w kontakcie z realnością. Trzeba uważać i być czujnym, by taką granicę jednak dostrzegać.

Każda twórcza jednostka chłonie skądś inspiracje – gdzie jest twoje źródło?

Największym, nieskończonym i niezwykle zasobnym  źródłem  jest dla mnie muzyka, która towarzyszy mi non stop. Czy podczas ulotnych chwil, zupełnie przypadkowych momentów, wędrówek górskich, podróży, gdy obrazy przemykają za oknem ilustrowane muzyką, czy też kiedy zwyczajnie się relaksuje. Każdy dźwięk, nuta, klimat nagrania przynosi ze sobą różne emocje. Bywa, że są też czysto rozrywkowe, ale staram się wypełniać przestrzeń taką, która staje się podobraziem dla kolejnej pracy. Związek moich światów z muzyką, której słucham od wielu lat jest szczególny. Teraz jest on jeszcze silniejszy od kiedy mam możliwość pracowania z muzykami , których twórczość jest dla mnie tłem i inspiracją od lat młodzieńczych. Znajdujemy wspólny mianownik spotykając się przy kreowaniu czegoś nowego. Inspirujemy nawzajem. To dla mnie ogromne wyróżnienie i spełnienie marzeń. Drugim ważnym elementem mającym wpływ na to, co tworzę jest malarstwo. Czasem są to mniej lub bardziej świadome odniesienia. Szczególnie twórczość malarzy romantycznych Johna Martina, Caspara Davida Friedricha, pełnych niesamowitych pejzaży, żywiołów i poetyki. Na pewno nie jeden zauważy tez wpływy współczesnych twórców, biorąc pod uwagę ich styl uznawanych za swego rodzaju awangardę-Beksińskiego, Gigera. W mniejszym stopniu kolejną jest to literatura, film i otaczająca nas rzeczywistość.

W tak wymagającej dziedzinie jak Digital, czyli manipulacja obrazem, jakie są niezbędne umiejętności? Dlaczego tak niewielu osobom wychodzą obrazy z głębią? Jakie są najczęstsze błędy w tworzeniu Digital?

No właśnie mogłoby się wydawać, że kreowanie obrazu za pomocą kilku, kilkudziesięciu składowych jest proste, szczególnie jeśli przypinamy mu odpowiednią łatkę, patrzymy na efekt końcowy, nie traktujemy poważnie jako odłam fotografii i naturalne następstwo ewolucji tej dziedziny. Nikt nie negował fotomontaży kiedy powstawały w sposób trudniejszy, analogowy. Ryszard Horowitz, czy mistrz Storm Thorgerson-kreator kultowych okładek do muzyki m.in. Pink Floyd. Robili dokładnie to samo, a efekt końcowy przynosił mniej lub bardziej surrealistyczne obrazy, często mocniej odrealnione i nierzeczywiste niż to co sam tworzę. Poprzez niechęć do fotomanipulacji i fotomontażu, w niektórych środowiskach próbuje się dyskredytować świadomość twórcy, jego sposób wyrazu, a to błąd, ponieważ często kompozycja składa się z kilku zdjęć, które trzeba było wykonać tak samo, lub nawet bardziej kreatywnie jak jedno, uważane przez fotografa za prawdziwe i naturalne odzwierciedlenie tego co widział w wizjerze aparatu. Jest idea, potem poszukiwanie odpowiednich składowych kompozycji, odpowiednie połączenie ich w całość, nadanie końcowego szlifu przez precyzyjne dopasowanie, wyodrębnianie, koloryzację. To proces czasochłonny i kreatywny. Trwający czasem kilkanaście godzin, nie licząc przerw w poszukiwaniu odpowiednich elementów, fotografowaniu ich w konkretnych warunkach. Wtedy praca wisi w poczekalni nawet kilka miesięcy, a zdarzają się i lata. To coś pomiędzy malowaniem obrazu, a fotografią. Wszystkie poświęcone godziny to emocje, to bycie „tam”, stanie przy cyfrowej sztaludze i uwiecznianie krajobrazu z wyobraźni. Najczęstszymi widzianymi przeze mnie błędami jest brak zachowania umiaru w dążeniu do stworzenia jakiegoś efektu. Dla mnie, nawet jeśli coś jest fotomontażem, musi wyglądać realistycznie, spójnie. niepotrzebne udziwnienia i dodawanie czegoś ponad potrzebę psuje efekt końcowy. Nieumiejętne dopasowanie elementów pod względem światłocienia, głębi, kolorystyki, niechlujność w wycinaniu, niedbanie o podstawowe zasady kompozycji, czy brak umiejętności przenoszenia do tych prac obserwacji z rzeczywistości to według mnie najczęstsze błędy. Najlepiej pracować, uczyć się je poprawiać, podpatrywać i nie unikać konstruktywnej krytyki.