• Jerzy Gumowski

  • Jerzy Gumowski

  • Jerzy Gumowski

  • Jerzy Gumowski

  • Jerzy Gumowski

Jerzy Gumowski

Jerzy Gumowski

- Panie Jurku, wieloletnia działalność fotograficzna  w tak powszechnym i tak trudnym formacie, jak dokument, daje możliwość bycia outsiderem. Z jednej strony historia w dosłownym znaczeniu słowa pozuje przed obiektywem, z drugiej, nabierasz ogromnego dystansu do niej. Jak to jest oglądać współczesną historie przez obiektyw?

- Świadectwem ludzkiej wrażliwości i empatii, które mówi nam, że nie możemy być outsiderami w stosunku do otaczającej nas rzeczywistości,  jest olbrzymia ilość ludzi których spotkałem na swojej drodze. Takim niepodważalnym autorytetem jest na przykład Janka Ochojska, ale także taki polityk jak Lech Wałęsa, może niekoniecznie dzisiejszy, ale na pewno z lat przełomu i czasów Stanu Wojennego. Ale w kręgach związanych z moim zawodem, świadectwem na niemożliwość stania z boku, jest  Kevin Carter. Zaświadczył o tym całym swoim zawodowym życiem, pokazując światu jak okrutnym może być człowiek końca XX w. pomimo wcześniejszych doświadczeń.  Szczególnie ważne jest  to co napisał  w swoim testamencie, albo raczej liście pożegnalnym  cyt: „Prześladują mnie żywe obrazy zabitych i cierpiących, widok ciał, egzekucji, rannych dzieci.” Nie wiemy czy to było przyczyną jego samobójstwa czy inne uwarunkowania, ale jeżeli o tym napisał to oznacza , że do końca życia jego wrażliwość drążyła jego psychikę. Ludziom śledzącym Z daleka naszą pracę dokumentalisty, fotoreportera może się wydawać, że jesteśmy zimni, wyrachowani, walczący o najlepszy kadr za wszelką cenę i po trupach, ale ja znam swoich kolegów po fachu i wiem, że to jest tylko profesjonalizm, a nie brak wrażliwości, empatii i moralnych rozterek. Profesjonalizmem określam wewnętrzny przymus bycia tam, gdzie dzieją się rzeczy ważne i niepowtarzalne, a na dodatek pęd do bycia w środku wydarzeń. Gdybyśmy tego nie robili, świat nie dowiedziałby się z fotografii o wojnie w Hiszpanii, o lądowaniu w Normandii ( Robert Capa), o wojnie w Wietnamie (Nick Ut), czy o apartheidzie (Ken Oosterbroek i inni członkowie Bractwa Bang Bang) i o wszystkich najważniejszych wydarzeniach XX w. Myślę sobie, że to „ stanie obok”, może wyglądać tak jak moja wizyta w szpitalu na sarajewskim Kosevie pod koniec grudnia 1992r. Miasto było wtedy oblężone i ostrzeliwane przez serbskie oddziały pod dowództwem Radovan Karadžića, obecnie więzień w Hadze, była zima, bez prądu, wody, ogrzewania. W szpitalu dotarliśmy do Sali z młodymi dzieciakami postrzelonymi kilka dni wcześniej, przy łóżku jednego chłopaka siedział zapłakany ojciec, a chłopak z nogą w gipsie, wyciągnął spod poduszki legitymację nieistniejącego wtedy państwa bośniackiego i dumnie się nią chwalił. Obok leżały inne dzieciaki, niektóre płakały z bólu. Udało mi się zrobić może pięć zdjęć, potem musiałem wyjść z Sali, bo przez wodę w oczach nic nie widziałem – w domu czekali na mnie dwaj synowie, jeden dwunasto, drugi sześcioletni. Cudowne jest oglądanie żywej historii przez obiektyw aparatu, jest się bardzo blisko najważniejszych wydarzeń, rozmawia się z ludźmi tworzącymi te wydarzenia, ale najważniejsze jest to, że można to sfotografować i przekazać fotograficzną wiadomość innym. Całe moje młode życie czekałem na czasy, kiedy godłem mojego kraju stanie się orzeł w koronie, tak mnie wychowano w poczuciu godności narodowej i poszanowania tradycji. Mój dziadek Marian był historykiem i profesorem Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, babcia zresztą też, mieli ogromny wpływ na moje myślenie historyczne. Nagle, któregoś pięknego dnia, przyszło mi fotografować w Sejmie RP dwóch rzemieślników, którzy na sali posiedzeń nakładali na głowę orła koronę. Mało co się nie popłakałem.  Przy oglądaniu przez obiektyw przelatującej historii jest się trochę jak obserwator, ale także jak uczestnik. W obozie uchodźców albańskich z Kosowa ( kwiecień 1999r), w miejscowości Blace, na granicy kosowsko – macedońskiej, nie można było być kimś z zewnątrz, chodziło się po tym samym błocie co uchodźcy, czuło się ten sam smród, i tak samo jak oni trzeba było używać forteli, by do obozu wejść i by go opuścić . Trzeba było być  jednym z nich, by można było zrobić fotografie nadające się do wysłania w świat. Dzwonił wtedy do mnie Dawid Warszawski i alarmował , że Serbowie wywożą ludzi pociągami ze stolicy Kosowa Prisztiny i że to jest najważniejsze wydarzenie ostatnich dni. I tak też było – historia tworzyła się na moich oczach i trzeba było ją przekazać innym ludziom. Pokazać jak to wygląda. To bycie w środku wydarzeń zmienia też naszą perspektywę postrzegania wszystkiego co jest do dookoła. Nagle zauważamy, że nasze postrzeganie, choć jesteśmy na miejscu i widzimy co się dzieje, różni się od tego co inni robią z naszą dokumentacją. Bo to nie nasze widzenie rzeczywistości jest ważne, ważne staje się to jak można naszą dokumentację wykorzystać. Kiedy uświadomiłem sobie, że jestem tylko elementem propagandy, manipulacji, politycznych fobii i plugawej gry o władzę, zdałem sobie sprawę, że zbliża się koniec fotografii dokumentalnej rozumianej tak jak rozumiałem ją ja i grupa fotoreporterów mojego pokolenia. Na szczęście w całej mojej przygodzie z dziennikarstwem pierwsze dwadzieścia parę lat pozbawione było takich doświadczeń.

- Ponieważ Kowalski ogląda świat oczami fotografów, którzy przygotowują niczym ciepłe bułeczki każdego dnia informacje o globie, ciągle drążę temat – czym jest kontekst w dokumentalnej fotografii? Czy punkt widzenia, czy właśnie ten kontekst jest  tylko i wyłącznie domeną fotografa, czy instytucji, dla której je wykonuje?

- Ja sobie myślę tak, profesjonaliści, ludzie dla których zawód dokumentalisty, fotoreportera, czy dziennikarza piszącego (bo fotoreporterka to też dziennikarstwo) nie działają  z kontekstem  z tyłu głowy. Proszę zauważyć , że dorobek fotografów wojennych z czasów wojny Ameryki z Wietnamem  nie ma jednoznacznej opcji propagandowej,  jeżeli w wypadku tych fotografii można mówić o kontekście, to raczej o antywojennym proteście, który zresztą przyczynił się do zakończenia wojny, a nie jej propagowania. Profesjonalisty nie obchodzi polityka, preferencje wydawcy, czy interesy instytucji dla której pracuje. Jego ( profesjonalnego dokumentalisty ) zadaniem jest pokazanie wydarzenia  z całą dramaturgią, ekspresją albo nastrojem, jaki towarzyszy dziejącej się historii. Historię trzeba opowiedzieć obrazami pokazującymi prawdę. Fotografia, a może fotograf, powinien pokazać innym Kowalskim – tak było, to się działo, tak to wygląda, ten polityk powiedział to i to, albo ci politycy zachowywali się tak.  Ten mój opis dotyczy oczywiście pewnego idealnego spojrzenia na mój zawód, myślę, że jest to jakiś wzorzec, ale obserwując pracę moich kolegów i wielu światowej sławy fotoreporterów wiem, że oni myślą podobnie. Problem w tym, że dziś świat mediów przeszedł olbrzymią rewolucję i został podporządkowany bieżącej polityce, interesom korporacyjnym i niezależnych, wolno myślących dziennikarzy, w tym fotoreporterów, już nie ma. Jeżeli w takich redakcjach jak Chicago Sun Times  28 fotoreporterów straciło pracę, zwolniono nawet laureata nagrody Pulitzera Johna H. White’a, a działo się to dwa lata temu, to dziś wiadomo, że z dziennikarzami i fotoreporterami można zrobić wszystko. Można im kazać pracować tak, jak pracuje się w tabloidach.  Spowodowało to też ucieczkę  wielkich talentów fotograficznych w inne strony i inne projekty związane z fotografią a w zawodzie zostały same miernoty, najczęściej na etatach skazujących ich na pełne poddaństwo. To zaczyna być kontekstem pracy dokumentalisty. Mają robić to, czego oczekuje od nich pracodawca w kontekstach jakie są ważne dla pracodawcy.

- Czy w Pana praktyce zdarzyły się zdjęcia, które nie przeszły cenzury?

- Nie, nie fotografowałem dla prasy w PRL-u, to była by plama na honorze, a po Okrągłym stole związany byłem z Gazetą Wyborczą, która przez pierwsze dwadzieścia parę lat była ostoją wolności i demokracji. Rozstałem się z nią jak została tubą polityczną jednej z grup ideologicznych, starających się dominować w naszym kraju. W wyborczej nie spotkałem się z jawną cenzurą, były wydarzenia, które bardzo mnie dziwiły, ale nie była to klasyczna cenzura.  W kwietniu 1990 zrobiłem fotografię Lecha Wałęsy przemawiającego w Stoczni Gdańskiej na wiecu strajkowym, był ubrany w robotniczą „kufajkę” i stanął w pozycji napoleońskiej, fotografia zrobiona z dołu, podkreślała jego monumentalność . Ale ta fotografia nie ukazała się następnego dnia w GW jako ilustracja wydarzenia, dodam, że tego dnia Wałęsa ogłosił swoją decyzję o startowaniu w wyborach prezydenckich.  Fotografię opublikowano dwa dni później jako ilustrację tekstu wyśmiewającego Wałęsę. Wysłałem do Lecha telegram z przeprosinami. Ta historia była jedną z tych, które utkwiły mi w pamięci, ale największe rozczarowanie przeżyłem podczas Mistrzostw Świata w skokach narciarskich w Lahti z udziałem Adama Małysza w 2001 r. Adam został mistrzem na skoczni K–90. Zrobiłem mu fotografię jak triumfuje, cieszy się bardzo emocjonalnie, ma ręce podniesione do góry i uśmiech na twarzy. Na skoczni był wtedy mróz – 25 stopni, a pierwszy cyfrowy aparat firmy Kodak połączonej z Canonem po pięciu minutach na takim mrozie zamarzał całkowicie. Byłem szczęśliwy, że udało mi się zrobić tę fotografię. Wysłałem ją do Gazety i rano mailem dostałem skan pierwszej strony, na której był jakiś kretyński rysunek Małysza z husarskimi piórami. Uznałem to za pełną porażkę ludzi, siedzących całe dnie za biurkiem redakcyjnym, którzy nie mają pojęcia o świecie zewnętrznym. Wtedy zacząłem myśleć, że coś jest nie tak. Później z upływem lat było coraz gorzej. Ludzie spędzający 12 godzin w redakcji zaczęli decydować co jest dobre, a co złe. Na dodatek w dziale foto zaczęły dominować osoby, które o fotografii wiedziały tyle co ja o fizyce kwantowej.

- Oprócz dokumentalnej fotografii jest Pan pasjonatem i pionierem fotografii  paralotniczej w Polsce. Skąd pomysł nie po prostu latać i napawać się widokami, lecz z wysokości lotu ptaka robić ujęcia?

- Kiedy ktoś się mnie pyta, czym się interesuję poza swoim zawodem, odpowiadam, że mam  bardzo fajne hobby, pierwsze to fotografowanie z paralotni, a drugie fotografowanie ptaków.  Z tego co wiem, to rzeczywiście jestem pierwszym zawodowym fotoreporterem w Polsce,  który wzniósł się w powietrze przy pomocy kawałka szmaty jakim jest paralotnia. I myślę sobie, że było by to kompletnie nie naturalne, gdybym w powietrze nie zabrał aparatu. Cała sprawa zaczęła się w Francji w miejscowości  Annecy leżącej nad jeziorem o tej samej nazwie W95r. pływając  łódką po jeziorze  otoczonym sporymi górami, zobaczyłem na niebie coś, co z dołu przypomina rybki w akwarium. Mój francuski znajomy powiedział, że to takie latające spadochrony. Od razu byłem tym zafascynowany. Po przyjeździe do kraju szukałem ludzi i miejsca gdzie można się czegoś więcej dowiedzieć o tym wynalazku. Przez przypadek trafiłem w ręce najlepszego instruktora paralotniowego Krzysztofa Kaczyńskiego i to dzięki niemu oderwałem się od ziemi. Proszę pamiętać, że w latach PRL-u do fotografii  lotniczej  dopuszczani byli tylko wybrańcy,  co powodowało, że widoki, które dane było mi oglądać, a potem fotografować, były niebywałym odkryciem, czymś zupełnie świeżym i  niesamowitym . Paralotnia, a szczególnie ta z napędem plecakowym, daje możliwość poruszania się praktycznie na każdej wysokości od metra nad ziemią do kilku tysięcy metrów . Daje to możliwość  świadomego wybierania miejsca, z którego chce się zrobić fotografię. Dla mnie latanie z aparatem stało się pasją.  Z tej pasji powstały dwa albumy , jeden zrobiony wspólnie z fotografem lotniczym Markiem Ostrowskim „Polska z nieba” i drugi autorski „Wilanów górą”, na który składają się fotografie robione przez prawie pięć lat.

- Jest taki kawał – ogłoszenie w gazecie – Pilnie sprzedam dwa body Canona, z zestawem obiektywów – tu leci szczegółowa lista jakich, ze statywem, stabilizatorem, plecakiem. Podany jest numer telefonu z dopiskiem – gdyby odebrał mężczyzna, proszę powiedzieć – pomyłka…,  czy Pana połówka nigdy nie chciała dać takie ogłoszeniem w zestawie z paralotnią?

- Moja żona Anna jest związana z prasą kobiecą całe swoje życie zawodowe, doskonale wie na czym polegała praca dziennikarza–fotoreportera. Przecierpiała razem z dwoma synami bardzo wiele.  Do Sarajewa w 1992 r. wyjeżdżałem pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia, a sylwester spędzałem w bunkrze Akademii Sztuk Pięknych w Sarajewie – ona i synowie w domu. Gdy zaczęła się „Małyszomania”, na Turniej Czterech Skoczni wyjeżdżało się z Warszawy w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia,  a tych wyjazdów  było kilka w mojej karierze zawodowej. Mam takie odczucie, że życie z dziennikarzem to nie jest droga usłana różami, ale poznaliśmy się z żoną w liceum w ławce szkolnej i tak nam zostało do dziś.

- Każdego roku na rynku fotograficznym wciąż przybywa rzesza dokumentalistów. Czy ten zawód ma w Polsce przyszłość i o czym powinni wiedzieć takie osoby, przystępując do pracy zawodowej?

- Od kilku lat zajmuję się razem z gronem kolegów organizacją wystaw i Konkursem im. Erazma Ciołka w ramach działań Klubu Fotografii Prasowej przy SDP. Przechodzi przez moje ręce olbrzymia ilość fotografii, szczególnie tej nazywanej potocznie prasową . Z obserwacji całego rynku dokumentalistów wyłania się smutny, ale mam nadzieją przejściowy obraz współczesnej polskiej fotoreporterki. Ze względu na prostotę użycia sprzętu do fotografowania, w tym telefonów, rośne liczba obrazów , które ja nazywam zdjęciami w odróżnieniu od fotografii, przedstawiających bieżące wydarzenia, wypadki katastrofy, zajścia uliczne i temu podobne. Ich jakość techniczna jest na ogół zerowa, ale jakość dokumentalna olbrzymia. Na przykład opublikowane w pierwszą rocznice zestrzelenia malezyjskiego samolotu nad Ukrainą, filmy i zdjęcia są wstrząsająca relacją o tym, co działo się po katastrofie.  Tego typu dokumentacje będą coraz bardziej popularne, bo wszyscy mamy telefony z aparatem i kamerą. Druga grupa, to obrazy tworzone przez zawodowych fotoreporterów pracujących dla redakcji, lub agencji. Oni właśnie dostarczają do KFP swoje materiały. W śród nich są wybitni i bardzo utalentowani  fotoreporterzy, którzy niestety mają bardzo małe szanse na rozwój, bo zarabiają mało i mają problemy z realizacją swoich pomysłów, a redakcje promują sieczkę i marne jakościowo zdjęcia. Ale też w tym gronie jest spora grupa osób przypadkowych , nie potrafiących fotografować  ze zrozumieniem, którzy uznali, że to jest niewiele wymagający zawód i może można w nim zaistnieć . Jedno jest pewne, coraz trudniej w fotografii prasowej i dokumentalnej znaleźć dobre prace na przygotowanie wystawy złożonej z czterdziestu fotografii. Trzecia grupa, to też zawodowcy, którzy postanowili znaleźć swoją własną drogę z dala od korporacji redakcyjnych, czy agencji sprzedających byle co za byle jakie pieniądze. Przykładem niech będą polscy fotograficy nagradzani na World Press Photo. W śród nich na plan pierwszy wysunął się mój kolega, paralotniarz Kacper Kowalski, którego indywidualna i bardzo profesjonalna droga do kariery zaprowadziła do nowojorskich galerii. W tej grupie widzę przyszłość fotografii  w ogóle, fotografii widzianej jako wynik pracy twórcy, artysty– dokumentalisty, fotografii której miejsce jest w galeriach i zbiorach kolekcjonerów.

- Bardzo dziękuję za szczerą rozmowę i życzę wysokich lotów i w fotografii dokumentalnej i w para lotniczej !

- Dziękuję .

Ostatnio dodane