Arkadiusz Branicki

ARKADIUSZ BRANICKI

(POLAND)

Fotograf klasycznego aktu. Jego zdjęcia wzbudzają zachwyt w Polsce i poza granicami naszego kraju. Branicki wypracował swoisty, minimalistyczny i oszczędny styl, który pozwala podkreślić to, co w akcie najistotniejsze: wyjątkowe piękno ludzkiego ciała przy jednoczesnym zachowaniu minimum niezbędnych środków.

www.fineartnude.pl

O.S.: Arkadiuszu, kiedy zrozumiałeś, że to, co widzimy w postaci Twoich znakomitych obrazów jest Twoim tematem? Dlaczego skupiłeś się na rzeźbach tworzonych z ciał? Skąd ta fascynacja tańcem?

A.B.: Taka świadomość nie rodzi się w jednej chwili. Po prostu w jakimś okresie czasu zauważyłem, że pewne rzeczy przychodzą mi „same”, bez zbędnego wysiłku. Obserwując ciało, jego zachowanie i plastyczność czułem podskórnie jak powinno się układać. Inne dziedziny wymagają ode mnie zaangażowania, a efekty nie do końca mnie satysfakcjonują lub po prostu widzę, że jest wielu lepszych ode mnie. Po co więc powielać schematy? Lepiej robić to, co się czuje. Tak też zrobiłem. Kontynuowałem to, do czego naturalnie miałem predyspozycje. W czasie obserwacji, układania ciała modeli, kierowałem się instynktownym wyczuciem. Preferowałem to, co uważam za atrakcyjne, a unikałem tego, co nie wygląda dobrze. To ogromny komfort – nie musieć myśleć, co się innym spodoba, a skupić się tylko na własnym poczuciu estetyki.

Skupiłem się na ciele również nieświadomie. W pierwszej chwili wydaję się, że nic bardziej banalnego. Skończoność tematów związanych z ciałem, wydaje się być oczywista – budowa człowieka została sklasyfikowana, nazwana i określona. Co więc może być odkrywczego w fotografowaniu ludzi? Odpowiedź jest zaskakująco prosta: WSZYSTKO! Każdy człowiek jest wyjątkową indywidualnością. Ba! Powiem więcej – każdy człowiek zmienia się w czasie. Fotografując dziś i jutro tę samą osobę – otrzymamy inne wyniki. Zmienia się obiekt fotografowany – zmieniamy się my. To niewyczerpany temat twórczy. Taniec również przyszedł sam. Nie fotografuję dużo i często. Zazdroszczę fotografom, robiącym sesje co tydzień, czy też nawet kilka razy w tygodniu. Nie mam takiej zdolności do regeneracji (bo każda sesja to dla mnie ogromy wysiłek i psychiczny i energetyczny). Potrzebuję kilku tygodni przerwy między sesjami, aby stworzyć coś ciekawego. W tej sytuacji zawsze staram się robić na sesji kilka obrazów, ale wkładam dużo energii w to, aby były dopracowane. I tu pojawia się taniec.

Mój podziw i fascynacja ludźmi, którzy poświęcili życie dla tańca. Wiele lat szkoły, poszukiwania etatów, a wszystko to okraszone żelazną dyscypliną codziennych, wielogodzinnych treningów… i jeden cel: doprowadzenie do perfekcji swojego ciała, ruchów, układów… zgodzisz się, że punkty styczne są oczywiste. Od pierwszej sesji wiedziałem, że „jesteśmy sobie przeznaczeni”. Oczywiście trzeba przyznać, że nasza (twórców) ocena jest często subiektywna. Pozostajemy pod wrażeniem chwili powstawania zdjęcia i może ona mieć wpływ na nasz odbiór efektów. Muszę przyznać, że sukcesy naszych fotografii upewniły mnie co do tego mariażu.

O.S.: Porozmawiajmy więc o nich. Ubiegły rok to prawdziwy deszcz nagród. Przypomnijmy: złoty medal w Linz, trzecie miejsce w International Photography Awards, London Creative Competition, Sony World Photography Awards, Mistrzostwa Fotograficzne, Srebrny medal Photographic Society of America… a ten rok?

A.B.: To prawda. Sporo tego było. Może nawet zbyt wiele. Nie żartuję – nie zdążyłem się nawet nacieszyć. Ten rok jest nieco spokojniejszy. Najważniejszym, żeby nie powiedzieć przełomowym momentem było wydanie albumu. Wiele miesięcy telefonów, maili, spotkań. Zrezygnowałem z tradycyjnego sposobu wydania i kolportażu – na korzyść wydania kolekcjonerskiego. Nieduży nakład, kontakt z każdym nabywcą. Do dziś słyszę docinki o białych rękawiczkach które dodawałem do każdego zestawu, ale nie odbieram tego jako złośliwość. Cieszę się, że udało mi się uzyskać efekt szacunku dla książki, a przez to również do fotografii. Jeśli chodzi o konkursy, to skupiłem się zasadniczo na dwóch, opartych również na tym, na czym mi zależy. Są to konkursy o kilkudziesięcioletniej tradycji, bazujące na fotograficznych odbitkach. To bardzo ważne w dzisiejszych czasach. Coraz częściej mówimy o fotografii telefonicznej, mobilnej. Wielu twórców ogranicza się do prezentacji efektów na ekranach monitorów. A tymczasem (moim zdaniem), to stacja pośrednia – końcowa stacja to wydruk. To test, przez który wiele fotografii nie przechodzi. Wychodzą błędy i niedoskonałości. Skupiłem się na Trierenberg super circuit w Linz i Photomedia. Wybrałem fotografie, dzięki pomocy znakomitego drukarza dobraliśmy papiery i rodzaj wydruku i wysłaliśmy na oba konkursy. Czas poświęcony przygotowaniom w pełni się opłacił: dwa złote medale w Linz (jeden za Best of show, czyli zestaw zdjęć i drugi za najlepsze zdjęcie czarno-białe). Natomiast na Photomedia… no muszę się przyznać – nie spodziewałem się, aż tak dobrego odbioru zdjęć. To konkurs, na którym najczęściej zwraca się uwagę na fotografie, poruszające ważne sprawy społeczne, reporterskie ujęcia były tam zawsze preferowane. Dodatkowo, jako konkurs wywodzący się z czasów fotografii analogowej, ogromną wagę przywiązują właśnie do odbitek, wydruków. Trzeba przejść przez te sita, aby zostać zakwalifikowanym. Wysłałem 4 zdjęcia pojedyncze i jedną serię, składającą się z czterech zdjęć. Tym większym zaskoczeniem były dla mnie wyniki: złoty medal FIAP (międzynarodowej federacji fotograficznej) za zdjęcie pojedyncze i najwyższe trofeum, jakie można uzyskać – GRAND PRIX i laur miasta Skopie za zdjęcia seryjne. Zaskoczenie, radość i duma. To chyba moje największe osiągnięcie fotograficzne w życiu.

O.S.: Czy graficzna czerń i biel pozostaną stałym elementem Twojego stylu? Czy kolor jest świadomie wyeliminowany z foto opowieści Arkadiusza Branickiego?

A.B.: Chyba Cię zawiodę, ale to następny przypadek. Początki mojej fotografii to zwykły brak finansów. Brak monitora, kalibratorów i całej tej zabawy z kolorami. Potem zauważyłem, że fotografia aktu to niebezpieczna zabawa. Nie interesował mnie akt, podszyty erotyzmem. Nie znam się na tym, nie umiem – nie interesuje mnie to. Czarno biel sprawia, że zaczynamy patrzeć na ciało chłodniej. Spodobało mi się. Niestety fotografia czarno biała nie jest łatwiejsza od kolorowej – wbrew obiegowym opiniom. Ale faktycznie – tak już zostało. Nie wyobrażam sobie innego patrzenia na moją fotografię, jak przez pryzmat szarości.

O.S.: Podobno diabeł tkwi w szczegółach, na Twoich zdjęciach tkwi gruntownie. Czy jest to cecha twojego charakteru? Czy w życiu też przywiązujesz taką wagę do idealnego wykończenia każdej swojej pracy?

A.B.: O matko! Nie! Jestem bardzo chaotyczny w życiu. Tzn. staram się być uporządkowany, ale efekty są dalekie od zamiarów. Uwielbiam ludzi punktualnych, trzymam się terminów i obietnic, ale do ideału mi bardzo daleko. Wiec dlaczego? Może dlatego, że codziennie na świecie 500 mln zdjęć trafia do internetu. Ile przechodzi przez sito obojętności? Nie wiem. Ale jestem pewien, że mimo bardzo małej szansy – taka szansa istnieje. W wielu miejscach na świecie są moje fotografie: na blogach, stronach internetowych, w mieszkaniach… te, o których wiem. Pewnie jest też sporo o których nie wiem. Ale wiem jedno, w jakimś stopniu to jest zwycięstwo. Rozumiesz? Robisz coś, co nie ginie. Pozostaje. Czasem przed sesją mówię moim modelkom: słuchaj, właśnie możemy sprawić, że będziesz nieśmiertelna. Możesz już na zawsze być dla innych piękna i młoda. Zawsze jest taka szansa. A kto nie chciałby spróbować otrzeć się jeśli już nie o nieśmiertelność – to chociaż o długowieczność?

Kalendarz Virako

W 2009 roku firma Virako zainicjowała projekt Kalendarza. Dochód ze sprzedaży przeznaczony był na wsparcie łódzkiej „Świetlicy Podwórkowej”, wspierającej dzieci z enklaw biedy. Z każdą kolejną edycją Kalendarz Virako zyskiwał na znaczeniu, jednak nie tylko ze względu na jego charytatywny kontekst. Stawał się wydarzeniem również dzięki wspaniałym twórcom, gwarantującym wyjątkowy wyraz artystyczny. W projekcie brali udział: Janusz Kaniewski, Jodi Bieber, Chris Niedenthal, Ryszard Horowitz i Andrzej Pągowski. Powstało wydawnictwo, wyróżniające się najwyższymi walorami i pozostawiające wybranym twórcom całkowitą swobodę kreacji. Kalendarz Virako to produkt unikatowy, nie tylko ze względu na jego autorów i jakość, ale również ze względu na limitowany, bardzo niski nakład. Dystrybuowany do starannie wyselekcjonowanej, opiniotwórczej grupy osób. Ojcem chrzestnym projektu stał się od drugiej edycji, nieżyjący już Janusz Kaniewski. Wspaniały designer, projektant takich samochodów jak Ferrari California, 458 Italia, czy autor obecnego logo Fiata.

Twórcą kalendarza na rok 2017 jest Arkadiusz Branicki.

Kalendarz opatrzony jest tytułem TRIBUTE TO BALLET i jest swoistym hołdem złożonym ludziom baletu.

www.facebook.com/KalendarzVirako

***

Arkadiusz Branicki

– jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych fotografów aktu klasycznego w Polsce i za granicą. Jego prace zostały wielokrotnie docenione w konkursach fotograficznych. Oto ostatnie  z nich:

- TOKYO INTERNATIONAL FOTO AWARDS: GOLD WINNER 2016 (FINE ART.-NUDES (PROFESSIONAL)

- Photomedia: GRAND PRIX & PLATE OF CITY OF SKOPIE 2016;

- Fédération Internationale de l’Art Photographique (FIAP) Gold medal 2016

- Trierenberg Super Circuit: GOLD MEDAL „BEST OF SHOW 2016” & GOLD MEDAL 2015;

- Photographic Society of America (PSA) GOLD MEDAL  „MONOCHROME PRINTS GENERAL 2016” & SILVER MEDAL (2015)

- Sony World Photography Awards -Open Competition – Art & Culture ·SEMI-FINAL 2015
Int’l Photography Awards (IPA) 2015 – III PLACE

- London International Creative Competition – photo professional  2015 Winner (HMENTION & SHORTLIST)

Pozostałe